blog Recenzencki

Bez książek człowiek byłby bezludny…

Konkurs z Evansem

Recenzencki ogłasza drugi konkurs (pierwszy odbywa się na facebooku), w których do wygrania będą 3 książki Richarda Paula Evansa ufundowane przez Wydawnictwo Znak. I tak jak na facebooku, tak i tu – zwycięzca będzie jeden. Oczywiście można się zgłosić do obu konkursów, z tymże zwycięzca może otrzymać tylko jeden pakiet 3 książek. W przypadku wylosowania dwukrotnie tego samego użytkownika, będzie kolejne losowanie.

Regulamin konkursu:

1. Organizatorem jest właścicielka bloga Recenzencki. Fundatorem nagród jest Wydawnictwo Znak Literanova.
2. W konkursie mogą brać udział osoby, które mieszkają na terenie Polski. Przepraszam wszystkich, którzy mieszkają poza granicami kraju!
3. Konkurs trwa od 04.04.2014 r. do 27.04.2014 r. (włącznie)
4. Aby wziąć udział w konkursie należy w komentarzu pod tym postem odpowiedzieć na pytanie konkursowe:
Jakie na Waszej drodze pojawiły się kręte ścieżki? Potrafiliście przez nie przejść? Czy może spotkaliście, tak jak Alan, bohater powieści swojego anioła stróża?
– oraz pozostawić e-mail.

5. Będzie mi miło jeśli uczestnik konkursu:

– polubi mój profil na fb:
https://www.facebook.com/Recenzencki  fb
Oraz udostępni informacje o konkursie swoim znajomym.
– a także umieści na swoim blogu baner konkursowy, który wedle potrzeb można zmniejszać, zwiększać i whatever:

Bez nazwy

Punkt 5 regulaminu nie jest warunkiem uczestnictwa w konkursie, ale byłoby mi niezmiernie miło, jeśli uczestnicy konkursu zostaliby ze mną dłużej niż na czas trwania konkursu.

6. Żeby konkurs się odbył, musi być minimum 15 zgłoszeń.

7. Wyniki konkursu będą ogłoszone do dnia 30 kwietnia 2014 r. 

8. Zwycięzcę wybiorę tym razem osobiście spośród zgłoszeń umieszczonych na blogu.

9. WSZELKIE próby OSZUSTWA (chodzi głównie o podwójne, potrójne, a nawet poczwórne zgłoszenia z innymi danymi, ale tym samym adresem IP) skutkują wyeliminowaniem z konkursu. Jeśli ktoś z Was ma siostrę/brata/mamę/tatę, który również chce wziąć udział w konkursie, a macie w domu jedną sieć/jedno IP – to bardzo proszę to wcześniej do mnie zgłosić w mailu: recenzencki@interia.pl

Inne zgłoszenia będą od razu unieważniane i usuwane. 

Wszystkim życzę powodzenia!
blogerka

Reklamy

24 comments on “Konkurs z Evansem

  1. Recenzencki
    28 kwietnia 2014

    KONKURS ZAKOŃCZONY

  2. Zjadacz Skarpet
    27 kwietnia 2014

    Najstraszniejsza kręta ścieżka, która pojawiła się na mojej życiowej drodze to chwila, gdy dowiedziałam się o chorobie swojego taty. Okropnym uczuciem jest bezsilność i bezradność – wiele razy pragnęłam, bym to ja zachorowała, a nie osoba najbliższa mi na świecie, ponieważ moi rodzice się rozwiedli i z mamą nie miałam dobrych kontaktów. Strasznym bólem jest patrzenie na cierpienie kogoś bliskiego i myśl, że nie jest się w stanie temu komuś pomóc, że jedyną dostępną opcją jest patrzenie jak ta osoba powoli gaśnie i odchodzi na naszych oczach. Czy anioły stróże istnieją? Uważam, że nie – nie wierzę w żadną duchową materię, lecz sądzę, że na świecie są osoby, które zostały powołane po to, by nieść ludziom pomoc i ratować je z opresji. I tak było w przypadku mojego taty – jeździliśmy od lekarza do lekarza, aż w końcu trafiliśmy na taką panią doktor, która dokonała tego, czego inni nie potrafili. To ona przyniosła ratunek mojemu tacie, a mi pozwoliła w końcu zacząć cieszyć się życiem, a nie martwić przedwczesną możliwością śmierci ojca. Może to i zabrzmi banalnie, ale obecnie mój tato się z nią spotyka… Kto wie, co z tego wyniknie? Mam nadzieję, że zostanie jego aniołem stróżem, ale już na zawsze.
    Mail: elaluczkow@gmail.com

  3. Meduza
    25 kwietnia 2014

    Do któregoś momentu moje życie toczyło się w dość monotonny, ale bezpieczny sposób. Było raczej proste, a nawet jeśli trafił się jeden czy drugi zakręt, to okazywały się one po pewnym czasie mało znaczącym urozmaiceniem. Zapewne z przyzwyczajenia do takiego stanu rzeczy nienawidzę i panicznie boję się niespodzianek i zmian. Wszystko muszę mieć zaplanowane, przemyślane czy jak często mówię: „muszę się nastroić psychicznie” ;)
    Dla takiej osoby jak ja zajście w nieplanowaną ciążę jest nie tylko oznaką wkroczenia na krętą drogę, ale wręcz wjechanie wprost w przepaść. Łudziłam się, że te dwie kreski na teście, to pomyłka. W panice poszłam do ginekologa, który oznajmił, że za wcześnie udzielać jednoznacznej odpowiedzi, a ja z każdą kolejną godziną niepewności czułam jakby strach rozrywał mnie od środka. Nie miałam zamiaru czekać…ostatecznym potwierdzeniem miało być badanie krwi. W pracy nie mogłam się skupić, nerwowo zerkałam na zegarek, bo po 15 miały być wyniki…i były, ale nie takie jakich bym chciała. Pani w laboratorium z uśmiechem i gratulacjami oznajmiła, że jestem w 5 tygodniu. Ziemia rozstąpiła mi się pod nogami. Co ja teraz zrobię? Jak mam powiedzieć rodzicom? Stanę się pośmiewiskiem, bo niby taka porządna dziewczyna z dobrego domu, a tu proszę! Rozpłakałam się stojąc na chodniku, nie mogłam się powstrzymać, mimo że nie chciałam, aby ktoś mnie zauważył w takim stanie.
    Setki myśli przechodziły mi przez głowę, a dominowała w nich niepewność i ogromny strach. Owszem, chciałam mieć kiedyś dzieci, ale tak po kolei: ślub, stała praca i potem planowanie potomka. Instynktu macierzyńskiego nie miałam w najmniejszym stopniu, nigdy nie miałam podejścia do dzieci i one mnie nie lubiły. Jak sobie poradzę?
    Nie był to koniec problemów. Wprawdzie otrzymałam wsparcie rodziny oraz pierścionek zaręczynowy, ale stres związany z organizacją ślubu, obawa utraty pracy i diametralne zmiany w przyszłości spowodował, że wylądowałam w szpitalu z ryzykiem poronienia. Nie chciałam stracić dziecka! Było nieplanowane, wywróciło mój świat do góry nogami, ale pokochałam je! Zaczęłam bardziej o siebie dbać i choć w szpitalu spędziłam później trochę czasu udało mi się urodzić zdrowego synka :)
    Jakoś sobie radzimy, raz lepiej, raz gorzej…jak to w życiu. Była to dla mnie ciężka droga, ale dzięki niej mam rodzinę :)

    deliberat@poczta.fm

    • Meduza
      26 kwietnia 2014

      Umknęła mi odpowiedź na drugą część pytania…
      Otóż nie czułam przy sobie obecności anioła stróża, ale czułam wsparcie rodziców, i to było dla mnie najważniejsze. Nie wyrzucili mnie z domu, nie nakrzyczeli ani nie wyzywali od nie wiadomo kogo, na…nawet przez chwilę nie dali mi odczuć, że się na mnie zawiedli. Nie odwdzięczę się im do końca życia!

  4. kamil3480
    25 kwietnia 2014

    Czytałem komentarze pod tym postem i długo się zastanawiałem o czym lub o kim powinienem napisać, i jak autorka bloga będzie oceniać nasze historie. Przyznam szczerze, że pytanie jest trudne i nie dziwię się, że tak mało osób „sprzedaje” swoją historię za pakiecik książek.

    Postanowiłem jednak spróbować opowiedzieć coś o sobie, bo moja żona wręcz uwielbia Evansa i to dla niej ten pakiet chciałbum wygrać.

    Autorko, pytasz czy na mojej drodze pojawiły się jakieś kręte ścieżki. Trochę to naiwne… Bo przecież w życiu – na każdym etapie życia – pojawiają się jakieś zakręty. Ja miałem ich naprawdę sporo. Począwszy od ojca alkoholika, który prawie zniszczył moje życie. Skończywszy na wypadku samochodowym, w którym to ja prawie zniszczyłem swoje. Nie wiem, czy chcesz żebym złapał Cię za serce, pisząc jak mi było ciężko… Czy może wolisz wersję, jaki to ja nie jestem dzielny.
    Tak naprawdę, to co zdarzyło się na początku miało wielki wpływ na to kim jestem. A jestem trochę gburowaty i czepialski. I może czasem próbuję naprawić świat mierząc go swoją miarką.

    Każdy zakręt, każda historia naznacza nas swoim piętnem. To, że wychowałem się prawie w domu bez ojca, sprawia, że swojemu dziecku chcę zapewnić wszystko co najlepsze. Mam trochę abstynenckie pojęcie o alkoholu i wielką awersję do jego nadużywania. Patrząc na życie z perspektywy, co ja przeżyłem… Widzę jak młodzież szarżuje i nie szanuje tego co ma. Niestety nie na wszystko mamy wpływ. Nie wybieramy sobie rodziców. Możemy jednak wybrać swoją ścieżkę.

    I jeśli chodzi o to drugie – zamiast alkoholu wybrałem bardziej ekstremalny sport. Co prawda byłem wtedy młody i głupi – ale kiedy wsiadałem za kółko świat stawał się mniejszy. Można było go pokonać. Niestety to on pokonał mnie. Wpadłem w poślizg. Dachowałem. Na szczęście nikt ze mną wtedy nie jechał. Na szczęście nie uderzyłem w żadne drzewo. Na szczęście nic złego mi się nie stało.

    Natomiast odebrałem tamtego dnia wielką lekcję. Nauczyłem się, że życie jest tylko jedno i że tak łatwo jest je stracić.
    Dziś jestem starym, ale szczęśliwym ojcem i mężem. A może mężem i ojcem? =] I cieszę się, że tametego feralnego dnia dostałem na tej drodze drugą szansę. Myślę, że dobrze ją wykorzystałem.

    Mam też nadzieję, że ta historia otworzy oczy niektórym młodym ludziom. Jak tak ją teraz czytam, to myślę że za bardzo ją spłyciłem, ale sens ogłłony został uchwycony.

    Książki (o ile wygram) będą dla mojej żony. Natomiast historia jest dla Was. Obyście nie musieli przeżyć jej na własnej skórze.

    Pozdrawiam!
    kamil3480@onet.pl

  5. Pingback: Kręte ścieżki, Richard Paul Evans | blog Recenzencki

  6. fanatyczka
    13 kwietnia 2014

    zapomniałam o e-mailu: toniemojmail@o2.pl :)

  7. fanatyczka
    13 kwietnia 2014

    W życiu każdego człowieka zdarza się wiele krętych ścieżek, przez niektóre mimo szczerych chęci i starań naprawdę ciężko jest przejść. Mając niecałe 12 lat straciłam jedną z najważniejszych osób w życiu – mamę. Każda łza, którą wtedy wylałam uczyniła mnie nowym człowiekiem. Zaczęłam pisać i to pomagało mi przetrwać trudny czas, chwile samotności szukanie odpowiedzi na pytanie, czemu to zdarzyło się właśnie mi. Kolejne ścieżki jak przystało na romantyczną duszę pojawiały się w miłości. Każde poczucie straty bolało jeszcze bardziej jakby doświadczenie nie było zbieraniem, a odkrywaniem kolejnych centymetrów duszy gotowych na następne ciosy. W pewnej chwili zrozumiałam, że łzawy człowiek zawsze będzie potrzebował ochrony, gdyż nie zawsze zwykły parasol uchroni nas od deszczu. Bywało spokojniej, ale wtedy nie czułam ucisku w klatce piersiowej, powolnego biegu czasu, ani chęci ucieczki w sny, które chociaż na kilka godzin rodziły w sercu nadzieję. Mogłam się zatracić w miłości. Pozwalano mi się zatracać w cierpieniu, które trwa nieprzerwanie od lat i lata, te wszystkie poranki, południa i wieczory, były nędzną pogonią za chęcią do zmiany i chęcią zbierania plonów zasianych przez Boga. Miłość, tak? Słyszałam o niej. Czułam ją w sobie. I tyle. Zostawiła ślady na śniegu i zgubiła mnie w otchłani przekleństwa. W grudniu wreszcie zaświeciło słońce, utkwiłam w związku, który dawał nadzieję, ale i potrafił jednym kiwnięciem palca sprawić, że na twarzy pojawiał się smutek i płynęły łzy. Ale jak to mówią, najlepszych ludzi poznaje się przypadkowo. Tak było w moim przypadku. W ostatni dzień roku, w Sylwestra, na mojej drodze stanął wspaniały człowiek. Dziś jest moim przyjacielem, aniołem stróżem, który udowodnił, że warto wierzyć w siebie, w drugiego człowieka i miłość.

  8. zingela
    13 kwietnia 2014

    Kręte ścieżki… Krętą ścieżka nazwałabym życie. Całe. Jedną wielką krętą ścieżką. Lata pełne zakrętów, dni, w których nic nie jest proste. Zastanawiam się, kiedy ostatnio płakałam. Przychodzi mi do głowy jedna data. Najsmutniejsza na świecie, najsmutniejsza w całym marcu. Wtedy wyłam. Nie płakałam, tylko wyłam. Płaczem można chyba nazwać rozpłakaną chwilę, a ja lałam łzy przez 3 dni. Cały rozmarcowiony weekend. Zaczęłam w Dzień Liczby Pi, co nie wróżyło rychłego zakończenia tego smutnego czasu, zakończenia jakiegokolwiek. I faktycznie, zawsze kiedy przypominam sobie ten dzień, oczy mi mokną. Płakałam całe piątkowe popołudnie, płakałam w sobotę, płakałam w niedzielę, płakałam w poniedziałek na matematyce, płakałam z zaciśniętymi ustami, płakałam z przygryzionymi wargami, mówiłam sobie, że będę dzielna, i płakałam, mówiłam: nie będę płakać i płakałam. Płakałam bez przerwy, płakałam, kiedy hamowałam łzy. Mogłam się rozpłakać w każdej chwili i rozpłakiwałam. Mama powiedziała coś na ten zakazany temat, sąsiad, mimo że widział mnie prawie codziennie, postanowił porozmawiać o tym właśnie w ciągu drugiego dnia mojej wielkiej żałości. Płakałam i nie mogłam przestać. Wyłam. Miałam oddać istotę, do której zawsze mogłam się przytulić, która na mnie czekała, która cieszyła się na mój widok, która zawsze umiała mnie rozweselić, która była widzialnym znakiem tego, że kiedyś nosiłam skrzydła i że one nosiły mnie, która stanowiła przepustkę do zamotylowanych wspomnień. Ktoś powie, że smutne mam życie, skoro tą istotą był pies. Niby Szczepan, ale pies w każdym calu. I to był zakręt. Ostry. Tym ostrzejszy, że miałam mocno rozmazany widok, a osoby, na których mogłabym się wesprzeć, nie widziały w tym nic smutnego. Cieszyły się. Takie zakręty są najgorsze. Nie mam Szczepana od 4 tygodni i jednego dnia. Szczęśliwi czasu nie liczą.
    Trochę to naciągnęłam, przyznaję. Naciągnięte jest wszystko oprócz tego, co przeżywałam w ten deszczowy weekend. Bo wcale nie uważam, że życie to kręta ścieżka. Życie to prosta droga, często wąska, nieprzebyta, z ostrymi kamieniami, górami i dolinami. Ale bez zakrętów. W dodatku nie lubię myśleć o sobie jak o kimś, kto ma problem, nie lubię nie widzieć wyjścia z sytuacji i jeszcze nazywać jej trudną. Postawiłaś pytanie o kręte ścieżki, więc gdybym napisała, że dla mnie takie nie istnieją, moja odpowiedź nie byłaby na temat. Niewykluczone jednak, że ktoś kiedyś, próbując mnie pocieszyć, czule wyszepcze, że jestem na życiowym zakręcie, ale muszę być silna. Ja wtedy powiem: każdy zakręt, jeśli odpowiednio się ustawić, wygląda jak prosta droga i tą prostą drogą jest. Z właściwej perspektywy wszystko jest cudem. Patrząc w odpowiedni sposób, nie widać trudnych dróg, nie widać zakrętów, nie widać kamieni. A to, że mam wadę wzroku, tylko mi w takim patrzeniu pomaga.
    asza8@o2.pl

  9. Natalia
    13 kwietnia 2014

    Całe moje życie to ścieżki mniej lub bardziej kręte, niestety. Już dzieciństwo nie było ot zwykłym, radosnym. Rozstanie rodziców nigdy nie jest łatwe dla dziecka, im brudniejsza wojna między rodzicami, tym trudniej. Nastoletnie lata też nie wspominam jako spokojne. Wczesna młodość (ech dorosłość) to ciąża i samotne wychowywanie dziecka, po drodze różne związki mniej lub bardziej udane. Aż w końcu w 2010 roku ślub, kolejne dziecko i wyprowadzka. I właśnie tu rozpoczyna się moja droga, nie ścieżka. Ja, mieszkająca ponad 30 lat w dużym mieście, przeniosłam się na wieś, zmieniając całkowicie środowisko, zostawiając całą rodzinę, wszystkich znajomych za sobą. Z centralnej Polski przeniosłam się na obrzeża kraju, gdzie ludzie zupełnie inaczej postrzegają świat, żyją zupełnie inaczej, mają inne priorytety, nawet mówią inaczej (gwarą). Ta przeprowadzka to ogromna próba dla mnie, dla mojego charakteru, związku. Wcale nie jest łatwo, czasem bardzo, bardzo trudno. W ciągu półtora roku tak wiele się wydarzyło, tak wiele skrajnych emocji było moim udziałem, że sama jestem zdziwiona, że jeszcze jakoś funkcjonuję. Zwykłe napalenie w piecu dla mnie, która w życiu tego nie robiłam, jest szalonym osiągnięciem. Zrobienie zakupów czy wizyta na poczcie to cała wyprawa. Przykłady mogę mnożyć i mnożyć. Czy mam anioła stróża? Tego nie wiem, bo nie jestem osobą wierzącą, ale w trudnych chwilach mogę liczyć na moją mamę. Jeszcze wiele lat przede mną i moją rodziną sprawdzania się w nowej rzeczywistości. Czy było warto? Na to pytanie odpowiem za kilka lat, teraz jeszcze za wcześnie.

  10. Karolina
    9 kwietnia 2014

    Jedni mówili mi idź drogą serca. Drudzy mówili kierują się rozumem. Jeszcze inni przekonywali, że to Bóg jest jedyną słuszną drogą. A ja i tak szłam przed siebie zupełnie na oślep.
    Nadszedł taki moment, że trafiłam na rozwidlenie. Oczywiście wybrałam na ślepo. Kręta, zarośnięta ścieżka. Pogrążona w ciemności, dzięki czemu mogłam okłamywać siebie i innych. W ciemności nie widać wyrzutów sumienia. Nie opacznie i głupio błądziłam po ścieżce zwanej „Utrata wiary w samą siebie”.
    Nadal po niej krążę. Kręcę się w kółko, szukam wyjścia. Zdarza się, że droga nagle się prostuje. Kroczę wtedy dumnie, z przekonaniem że znalazłam wyjście. Ale potem droga znów zakręca i wracam do punktu wyjścia.
    Czasem też zdarza się, że moja droga krzyżuje się z drogą kogoś innego. Jest to zazwyczaj jedna i ta sama osoba. Taki Anioł Stróż, ale jeszcze bardziej. Zatrzymuje się na przecięciu dróg, sprawdza czy mam siłę iść dalej. To po jego wizytach moja ścieżka zazwyczaj się prostuje. Ale nie pozwalam mu, by szedł ze mną.
    Każdego dnia buduję w sobie przekonanie, że to bezsensowne kręcenie się w kółko minie. I dążę do tego. Bo przy każdym spotkaniu ten mój niby Anioł Stróż oznajmia, że jeśli nie mam sił walczyć dla siebie to mam walczyć dla niego.

  11. Beata
    8 kwietnia 2014

    Cóż, ja jestem totalna realistka i nie wierzę w żadne anioły stróże. W życiu miałam wiele wzlotów i upadków a droga nie raz była kręta i zawiła ale nie poddawałam się, walczyłam. Każda porażka wzmacniala mnie podwójnie i dalej wzmacnia.
    Najważniejsze jest wierzyć. ..w siebie :)

  12. Domisia
    8 kwietnia 2014

    Moim największym zakrętem w życiu, była wieść o chorobie, z którą muszę nauczyć się żyć i ją zaakceptować. Choroba, która przekreśliła szansę na stworzenie pełnej rodziny, która zawsze była moim marzeniem. Ale mimo wszystko nie daję się depresji i biorę z życia garściami :) A moim Aniołem Stróżem jest mój mąż, który wspiera mnie i cichutko stoi za moimi plecami, pojawiając się tylko w chwilach, kiedy opadają mi skrzydła.
    d.matuszek23@gmail.com

  13. Kropka
    8 kwietnia 2014

    Każdego dnia gdzieś skręcam, wybieram swoją drogę, podejmuję decyzje. Czasami należą do tych łatwych jak zdecydowanie co zjem an śniadanie albo na jaki kolor pomaluję paznokcie. Rzadziej zdarzają się te trudne, ale wymagają ode mnie większego zangażowania. Wówczas muszę zdecydować na przykład czy potrafię komuś po raz drugi zaufać lub czy jestem w stanie pomóc komuś, kto odtrąca moją wyciągniętą ku niemu dłoń. Każda z moich decyzji pomaga mi pewniej kroczyć swoją ścieżką, którą sama sobie udeptałam, wybrukowałam własną wolą. Każde z moich postanowień – dobrych czy złych – utwierdza mnie w przekonaniu, że kocham siebie i swoje życie takim jakim jest. Decyzje należą do mnie, choć cenię osoby, które potrafią mi wybrać lepsze rozwiązania.

    Boniecka31@interia.pl
    Baner zamieściłam w zakładce ;)

  14. Małgorzata Poznańska
    8 kwietnia 2014

    e-mail: poznanska.malgosia@gmail.com

    Takim momentem w moim życiu, w którym stanęłam na zakręcie i nie wiedziałam co z sobą zrobić, był dzień, w którym zostawił mnie narzeczony. Po 4 latach związku, zawalił mi się świat. Przynajmniej tak, w tedy czułam… Stałam się jak nałogowiec na odwyku – szarpały mną spazmy płaczu i pytania „co teraz zrobię?”. Uzależnienie od narzeczonego było tak ogromne, iż nie umiałam podjąć sama żadnej, nawet błahej decyzji. Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale nie umiałam wybrać nawet koloru farby bez konsultacji z nim! – Straszne!
    Straciłam pracę, bo nie miałam ochoty do niej chodzić. O mały włos, a nie rzuciłabym studiów. Na szczęście obeszło się tylko utratą stypendium naukowego – moje oceny kategorycznie się obniżyły. Wszystko to długo trwało. Zaczęłam szaleć (w dosłownym znaczeniu), imprezować i pić. Nie wiem, jakby się to wszystko skończyło, gdyby nie moja Babcia, która słuchała moich ciągłych żalów, a zarazem nie pouczała, choć widziała co robię ze swoim życiem. Czekała. Swoją obecnością pomogła mi wyjść z bagna, w które sama weszłam.
    Dziś jestem absolwentką bibliotekoznawstwa, pracuję w swoim zawodzie, wyszłam za mąż (za wspaniałego mężczyznę, który nauczył mnie jak wygląda prawdziwy trwały związek) i spodziewam się dziecka.
    Wiem, że czasem nie dostajemy tego co chcemy, ale dostajemy to, czego potrzebujemy :)

  15. JaneS
    5 kwietnia 2014

    e- mail: joanna.stoczko@op.pl

    Chyba kazdy z nas zahaczył o jakaś „krętą ścieżke”. Czasem ktoś szybko z niej zboczył, ale czasem ktoś zatrzymał się na niej na dłuzej. Dlaczego? Przez brak sił. Moja droga również miała kilka zakrętów. Śmierć bliskich osób, choroba mamy czy zranienie ze strony pewnej osoby. Nie jestem doskonałym przykłądem filozofii stoickiej, dlatego też nie mogłam przejść koło tych wydarzeń obojętnie. Te wszystkie momenty w moim życiu dały mi mocno w kość, ale równiez coś wywnioskowałam. Co? „Że nie ważne jak jest cieżko, z czasem los się odmieni”. Powtarzał mi to nie raz mój kolega, którego ścieżka życiowa również była usłana rózami (Tak, nie pomyliłam się. Mam inne spojrzenie na to. Skoro róże mają kolce, to nie da się po nich bez bólu przejsć. A czym byłoby życie bez bólu i cierpienia?), ale mimo to nie przestał wierzyć w swoje możliwosci. „To wiara prowadzi nas do celu”- właśnie tego powiedzenia mam zamiar się trzymać. Przez te niezbyt szczęśliwe momenty pomogła mi przejść moja rodzina, ale równiez i przyjaciele. To oni pomogli mi stać i zawalczyć. Pomogli mi uwierzyć, że wszystko się dobrze ułoży, ze to tylko przejściowe. To oni po części byli moimi strózami i bardzo im za to dziękuję, i nigdy im tego nie zapomnę. Teraz wiem, ze zawsze mogę liczyć na swoich bliskich, bo oni nigdy mnie nie zawiodą. Ważne, aby mówić o problemach, aby łatwiej je rozplątać. W końcu „co dwie głowy, to nie jedna” :)

    Pozdrawiam :)

  16. Marika R.
    4 kwietnia 2014

    Mimo młodego wieku na mojej drodze pojawiło się kilka „krętych ścieżek”. Jedną z nich była choroba, a później śmierć mojej mamy. Były chwile zwątpienia, ale z każdym dniem było i jest lepiej. Mam wspaniałych przyjaciół, którzy zawsze są przy mnie i mam nadzieję, że będą zawsze. Ważne dla mnie też jest wsparcie mojego taty i brata. Wiem, że zawsze mogę na nich polegać. W zeszłym roku z mojego życia odszedł mój pies, który towarzyszył mi od najmłodszych lat i zawsze, gdy na niego spojrzałam, to przypominał mi się uśmiech mamy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Nie zapominam ani o niej, ani o psie, bo według mnie, jeśli żyją wspomnienia, to żyją też osoby (i zwierzęta), które odeszły z naszego życia. Nie wiem i raczej nigdy się nie dowiem, ale chciałabym, aby to moja mama była moim aniołem stróżem.

    e-mail: marikarataj96@gmail.com

  17. maja
    4 kwietnia 2014

    Dla mnie trudnym, ale przełomowym momentem było wydarzenie sprzed 10 lat, kiedy to przeszłam operację ratującą moje życie. To wtedy zaczęłam doceniać to, co mam, ludzi wokół… Wiem dzięki temu, że jak kruche jest życie i, że w każdej chwili któregoś z nas może zabraknąć. Spędziłam wtedy razem z najbliższymi wiele przepięknych chwil – odwiedzając niezwykłe miejsca, być może już ostatni raz… Odbyliśmy wiele pomocnych nam wtedy rozmów. To przeżycie wzmocniło naszą rodzinę…
    Dziś, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, zastanawiam się, jakby wyglądało moje życie, relacje między nami, gdyby nie tamte trudne dni. Teraz, gdy każde z nas, dzieci, dorosło i zaczęło pisać swoje historie życiowe, wracamy chętnie do domu rodzinnego, w którym tyle się wydarzyło. Odwiedzając rodziców wraz z siostrą i bratem, czerpiemy radość z każdej chwili, w której jesteśmy razem. Tu pachnie
    świeżym, pieczonym przez naszą mamę chlebem, latem swym smakiem kuszą konfitury, a zimą zapach herbaty z ziół zerwanych w ciepłe, słoneczne dni. I święta…
    Boże Narodzenie to najpiękniejsze dni, które możemy spędzić wspólnie…

  18. Maromira
    4 kwietnia 2014

    Tak. Miałam taką sytuację. Krótko po kłótni z moją najlepszą przyjaciółką, życie, dosłownie, zawaliło mi się. W jednej chwili straciłam kota, z którym przeżyłam blisko 16 lat, koleżanki opacznie rozumiejąc moje słowa, odwróciły się ode mnie. Ja zaś myślałam, że to już koniec i że pozostanę na zawsze w czarnej dziurze. Jednak, miałam szczęście. Poznałam cudownych ludzi, którzy mieli podobne do moich zainteresowania – Sherlock. Oni to poprzez rozmowy na różne tematy, dzięki ich poczuciu humoru, wyciągnęli mnie z dołka, choć pewnie o tym nie wiedzą.
    maromirus@gmail.com
    Bloga nie mam, baner udostępnię na swoim profilu na Google.

  19. Ola C.
    4 kwietnia 2014

    Bloga obserwuję już dawno, tak samo jak lubię na FB, banner u mnie na blogu
    e-mail: ksiazki-moim-okiem@wp.pl
    Odpowiedź:

    Na mojej drodze pojawiło się już kilka „krętych ścieżek” mimo dosyć młodego wieku. Jedna chyba z tych najgorszych to choroba brata. Przez nią nie da się przejść, bo przez nią będę szła przez całe życie. Nie spotkałam również żadnego anioła stróża. Odnalazłam tylko coś w sobie. Coś co mi pozwoli przejść tą krętą ścieżkę łatwiej. A mianowicie głos, który mówi mi, że nie można się poddawać, że zawszę muszę bronić brata, kiedy się z niego śmieją, kiedy nie rozumieją, bo jak nie ja, to kto inny?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 4 kwietnia 2014 by in Konkursy.